|
Meksyk
- USA 2007
Data wyjazdu: 13 września - 27 września
(15 dni)
Trasa: Ocean City - Nowy Jork - Mexico
City - Teotihuacan - Puebla - Oaxaca - Puerto Escondido - Acapulco -
Taxco - Xochicalco - Cuarnevaca - Mexico City - Nowy Jork - Monachium -
Wrocław -Oleśnica
Koszt: 1600 zł (610 USD)
Cel jest taki: nie zgubić się w
największym mieście świata, zdobyć piramidy w Teotihuacan, wykąpać się w
Oceanie Spokojnym, kupić sombrero, spróbować tequilli i meksykańskiej
kuchni, stanąć twarzą w twarz ze Statuą Wolności i upoić się panoramą
Nowego Jorku z 86 piętra Empire State Building
Linki do wcześniejszch wyjazdów:
Księga Gości
Ukraina 2005
Rosja-Mongolia 20061. Meksyk? Why not!
Wakacje 2007 spędziłem razem z przyjaciółmi z uczelni - Michałem
Zarównym i Agnetą Blichert w USA na programie Work and Travel.
Spędziliśmy trzy miesiące w jednym z bardziej znanych kurortów morskich
na wschodnim wybrzeżu - Ocean City w stanie Maryland (150 mil od
Waszyngtonu) pracując w restauracjach (ja i Agnetka) i hotelach
(Michał). Okres czasami bardzo ciężkiej pracy staraliśmy sobie wypełniać
jednodniowymi wypadami. I tak zobaczyliśmy stolicę Stanów Zjednoczonych
- Waszyngton, potem przyszedł czas kolejno na Baltimore i Filadelfię.
Pomysł na wyjazd do Meksyku wpadł nam do głowy przez czysty przypadek.
Pewnego wieczoru razem z Michałem przeglądaliśmy strony internetowe,
m.in. wyszukiwarkę połączeń lotniczych i tam natknęliśmy się na bilety
na Dominikanę za 270 USD w dwie strony. Początkowo byliśmy zdecydowani
na wyjazd na tą rajską wyspę, gdyż cena była śmiesznie niska. Jednak z
czasem coraz więcej zwolenników zdobyła opcja wyjazdu do Mexico City za
307 USD. Dominikana kojarzyła się nam głównie z plażami, a że nasz
apartament w Ocean City był oddalony oceanu około 40 metrów to nie było
sensu spędzać kolejnego tygodnia w miejscu gdzie główną atrakcją byłyby
plaże. A Meksyk? Perspektywa znalezienia się w największym mieście na
świecie i zobaczenia słynnych piramid w Teotihuacan była kusząca. W
niedługim czasie do ekipy chętnych na wyjazd dołączył Bartek - student
AE we Wrocławiu, którego poznałem w swojej pracy w Sunset Grille
Restaurant. Po uformowaniu się grupy chętnych na wyjazd zamówiliśmy
bilety lotnicze przez Internet (nie obyło się bez małych problemów) i
wysłaliśmy nasze dokumenty DS-2016 do organizacji CETUSA w celu
ponownego podbicia, tak aby przy powrocie do Stanów Zjednoczonych
celnicy na lotnisku nie mieli żadnych wątpliwości, że możemy legalnie
wrócić do USA. Czasu do przygotowania się na wyjazd było wyjątkowo mało.
Kupiliśmy przewodnik Lonely Planet o Meksyku na aukcji internetowej za 6
USD i na jego podstawie wybraliśmy miasta, które chcielibyśmy zobaczyć.
Teoretycznie nie pozostało nam nic jak czekać do 13 września na wylot.
Natomiast w praktyce przez ten czas żyliśmy problemami zdrowotnymi Agi
(oparzeniem nóg i owrzodzeniem oka), które o mały włos nie wyeliminowały
jej z wyjazdu. Jednak kto osobiście zna Agnetkę dłużej niż dzień ten wie
jak twarda to dziewczyna, i że nawet taki grad nieszczęść potrafi
przetrwać... a do tego w ostatniej chwili zdecydować się na podróż do
Meksyku! Tyle tytułem wprowadzenia...
Galeria Zdjęć
2. Żegnamy Ocean City
Nadszedł dzień wyjazdu (12 września 2007) do Nowego Jorku. O 8 rano
pobudka i generalne przygotowania do opuszczenia naszego mieszkania. O
9.00 lecę jeszcze do Bank of America by wpłacić ostatnie pay-checki na
konto, a potem już pozostaje nam tylko pożegnać się z naszymi
współlokatorami. Ostatnia wspólna fotka ze Słowakami (Peter, Josef i
Michał) i już meldujemy się na głównej ulicy Ocean City w oczekiwaniu na
miejski autobus. Tam orientujemy się, że nie wzięliśmy z mieszkania DSów,
bez których powrót do USA byłby niemożliwy. Czasu nie ma za wiele -
adrenalinka mi trochę podskoczyła. Decydujemy, że Agi wróci do
mieszkania po dokumenty i nam je dowiezie, a my wsiadamy w autobus i
jedziemy na dworzec. Dołącza do nas Bartek i razem oddajemy bagaże do
ważenia. Michał korzysta z kilkunastu minut czasu pozostałego do odjazdu
i idzie do swojego hotelu Plim Plaza za rogiem po referencje, a Bartek
do polskiej kawiarenki internetowej by kupić kartę pamięci do aparatu.
Ja natomiast nabywam Agnecie bilet na autobus (60 USD) do Nowego Jorku
na godzinę 17.45. Kupując bilet Agnecie nie wiedzieliśmy jeszcze czy z
niego w ogóle skorzysta, gdyż jej wyjazd do Meksyku był uzależniony od
decyzji lekarza, z którym miała spotkać się tego samego dnia po
południu... i właśnie dlatego wspólnie nie opuściliśmy Ocean City.
Na szczęście Agnetka przywiozła nam dokumenty na czas,
więc możemy spokojnie wsiadać do Greyhounda uprzednio żegnając się z Agi
- tak na wszelki wypadek. O 11.20, lekko opóźnieni wyjeżdżamy z miasta
kierując się do Salisbury gdzie mamy przesiadkę. Na dworcu w mieście, w
którym kupiliśmy z Michałem swoje laptopy, tłumek ludzi. Bagaże z
naszego autobusu wyciąga murzyn, który zarazem tłumaczy gdzie znajdują
się autobusy do poszczególnych miast. Problem w tym, że jego
murzyńskiego akcentu prawie nikt z około 30 osób nie rozumie, więc każdy
sam na własną rękę dowiaduje się, którym autobusem powinien jechać.
Jeden autobus do NY bardzo szybko zapełnił się pasażerami, pozostała
10-osobowa grupa, a wśród nich my, czeka na podstawienie drugiego
autobusu,. Nim też komfortowo - rozłożeni na siedzeniach jedziemy tą
samą trasą, którą jechaliśmy do Filadelfii. Chłopaki trochę śpią, ja
czytam przewodnik o Meksyku. Po drodze piszemy także sms'a do Ruth -
koleżanki cioci Agnety, u której mamy zatrzymać się na noc w NY.
Na przystanku w Wilmington Ruth oddzwania do nas - w rozmowie
prowadzonej po polsku daje nam wskazówki jak dojechać do niej metrem. W
autobusie natomiast przez całą drogę jedna kobieta ciągle wymiotuje,
wydając przy tym nieludzkie odgłosy, zwracając na siebie uwagę
pasażerów. Po drodze mijamy stadion, na którym odbywają się wyścigi
samochodów NASCAR, a także przejeżdżamy obok międzynarodowego lotniska
na obrzeżach miasta Newark, w którym też mamy krótki przystanek.
Manhattan widać już z oddali - z każdym kilometrem przejechanym po
szerokiej autostradzie jest coraz wyraźniejszy. Aby wjechać do serca
Nowego Jorku musimy jeszcze odstać swoje w ogromnym korku do tunelu
Lincolna. Tam mijamy autobus niewiele różniący się wyglądem od naszego
tyle że cały był okratowany. Pewnie więźniowie wybrali się na wycieczkę
po Manhattanie. O 18.20, mocno spóźnieni, meldujemy się na Port
Authority - głównym dworcu autobusowym miasta. Kobieta z autobusu mdleje
i nie pozostaje nic jak tylko wezwać pogotowie. My kierujemy się na
metro, by złapać E-train do Forrest Hills na Queensie. Mamy małe
problemy z kupnem biletu w automacie (2 USD), a potem z przejściem przez
bramki z naszymi bagażami (oprócz swoich toreb mamy także jedną
Agnetki). W trakcie jazdy metrem żartujemy sobie m.in. z leniwych
murzynów... a obok siedzi kobieta czytająca religijną książkę po polsku.
O 19.50 meldujemy się na Forrest Hills, stamtąd wysyłamy sms'a do Agi,
bo nadal nie wiemy czy dołączy do nas. Ruth stoi samochodem niedaleko
przystanku metra. Ładujemy się do auta.
Ponieważ nie wszystkie bagaże mieszczą się w bagażniku,
Michał i Bartek zostają przywaleni walizkami na tylnych siedzeniach.
Kierujemy się na dzielnicę Flushing. Podczas jazdy Ruth mówi nam, że
jest to dzielnica żydowska, że sama jest żydówką i dziś jest ważne
święto żydowskie Rosz Haszana. Od tego święta rozpoczyna się żydowski
nowy rok - 5768 wedle hebrajskiego kalendarza. Co ciekawe, burmistrz
Nowego Jorku - Bloomberg - też jest żydem. Powoli głodniejemy. Ruth
proponuje nam kupno jedzenia albo w chińskiej albo we włoskiej
restauracji. Bierzemy plain pizza za 13 USD i jedziemy do domu. Tam
szybko opróżniamy większą część pizzy. Spotykamy się z bardzo gościnnym
przyjęciem, a w końcu jesteśmy dla Ruth obcymi ludźmi. O 22.00
wyjeżdżamy samochodem po Agnetkę na dworzec Port Authority, mimo że nie
wysłała nam sms'a z informacją, że jedzie. Ale jedziemy po nią w ciemno.
Ponieważ przyjazd autobusu z Ocean City przewidywany był na 23.55 Ruth
postanowiła obwieźć nas autem po Manhattanie. Na moście Queensboro
rozległa się przed nami porażająco piękna panorama fantastycznie
oświetlonych wieżowców. Widok zapierający dech w piersiach. Na
Manhattanie najpierw podjeżdżamy pod Lincoln Center, potem pod Madison
Square Garden. Z okien auta oglądamy także Ground Zero po World Trade
Center, Time Square, Penn Station, Wall Street i posąg byka stojącego
nieopodal nowojorskiej giełdy. O północy parkujemy pod Port Authority.
Autobus Agnetki jest spóźniony ponad pół godziny, więc czas umilamy
sobie spacerując po tym kilkukondygnacyjnym, lecz niezbyt zadbanym
dworcu. Przechodząc obok poczekalni wspominamy sobie jak 3 miesiące
wcześniej spaliśmy tam jak żule w oczekiwaniu na poranny autobus do
Ocean City. W międzyczasie próbujemy się dodzwonić do Agi, ale nie
odbiera. I znowu malutki dreszczyk emocji czy w ogóle przyjedzie. Na
szczęście nasze Słonce pojawia się w jednych z drzwi, więc ekipa
meksykańska w komplecie! Idziemy do auta, w którym Ruth już ze zmęczenia
sobie drzemała. Trochę nieswojo nam było bo kobieta za bardzo się dla
nas poświęcała. O 1.20 meldujemy się w mieszkaniu, szybkie przepakowanie
rzeczy, aby nie wieźć kilku walizek do Meksyku. O 2.00 już śpimy, bo
jutro czeka nas kolejny dzień podróży.
Galeria Zdjęć
3. Mexico City wita nas.
O 7.00 (13 września 2007) budzimy się i szykujemy do wyjazdu na
lotnisko. Ruth przekazuje nam wszystkie najważniejsze rzeczy, które
powinniśmy wiedzieć o tym co gdzie jest w mieszkaniu i okolicach, a
następnie oddaje nam klucze i kartę magnetyczną do mieszkania. Gdy
wrócimy z Meksyku będziemy w jej lokum mieszkać wtedy, gdy Ruth będzie
na delegacji w Zurychu. O 9.00 podjeżdżamy pod Terminal 3 na lotnisku
JFK, skąd odlatują samoloty Delty. Jesteśmy grubo przed czasem. Żegnamy
się serdecznie z Ruth - naprawdę bardzo nam pomogła. Przechodzimy
odprawę - okazujemy tylko paszporty. Przy kontroli osobistej oprócz
skanowania naszych bagaży podręcznych musimy ściągnąć buty z nóg, a że
miałem klapki to bramkę przeszedłem na boso. Na strefę bezcłową
wchodzimy z myślą, że porozglądamy się m.in za perfumami, tak aby
wiedzieć co kupić wracając już ze Stanów do domu. Tylko problem w tym,
że poza Burger Kingiem i kilkoma sklepami z pamiątkami nic nie było.
Dopiero Bartek znajduje właściwy pasaż ze sklepami, które potrzebujemy.
Potem Michał jeszcze męczy się z bankomatami, które nie są chętne
wypłacić mu dolary z jego pustego konta. Poznały się na nim.. Przy
wejściu na pokład samolotu chłopakom i Agnetce babka odrywa z paszportów
karteczkę I-94, świadczącą o opuszczeniu terytorium USA, a mi zapomina.
Po zorientowaniu się, chwilę później wracam do niej z prośbą o oderwanie
tego świstka. W samolocie Boeing 737 pełen komfort. Wśród pasażerów
mnóstwo Meksykanów i kilkunastu Amerykanów. Do dyspozycji mamy wbudowany
w siedzenie monitor, na którym możemy oglądać kanały telewizyjne, filmy,
posłuchać kilkanaście stacji radiowych, czy obserwować na mapie trasę
lotu. Zaraz po starcie Agi przesiada się do naszego rzędu (nominalnie
powinna siedzieć na początku samolotu) i następne 5 godzin lotu spędzamy
razem. Lecimy nad wszystkimi stanami leżącymi nad Atlantykiem, m.in. nad
Maryland (w tym stanie pracowaliśmy) i Florydą. Potem lot nad Zatoką
Meksykańską, nad którą 2 tygodnie wcześniej szalał huragan Felix. W
międzyczasie wypełniamy karty imigracyjne.
O 14.00 dolatujemy do Mexico City. Przy schodzeniu samolotu do lądowania
widać jak ogromne jest to miasto. Lądujemy na lotnisko im. Benito
Juareza, które otoczone jest gęstą zabudową. Normalnie lotniska położone
są na obrzeżach miast, i pewnie tak samo było z tym lotniskiem, jednak
ogromne przeludnienie spowodowało, że ludzie osiedlali się gdzie było
miejsce. Dlatego odnosimy wrażenie, że lotnisko usytuowane jest w środku
miasta. Aktualnie w oficjalnych statystykach cała aglomeracja Mexico
City liczy około 22-25 mln ludzi i jest trzecią największą na świecie,
lecz rekordowo szybki przyrost ludności i duża ilość osób nie
zarejestrowanych w urzędach powoduje, że to miasto nieoficjalnie uważane
jest za największe na świecie.. i takiej wersji będziemy się trzymać.
Pierwsze wrażenie jest bardzo pozytywne. Na ładnym i nowoczesnym
terminalu zostajemy odprawiani przez celników. Stoimy w kolejce "international",
a meksykanie pod tabliczką "mexicanos". Podczas odprawy Michał robi
zdjęcia w miejscu gdzie są one zabronione, lecz kara go ominęła. Po
odbiorze naszych toreb strażnicy sprawdzają zgodność walizek z odbiorcą,
tak aby nikt nie zawinął nieswoją torbę (w przeszłości to podobno było
regułą). Tylko że Agi nie może znaleźć tego kwitka i... istnieje
prawdopodobieństwo, że będzie musiała zostawić swoja walizkę na
lotnisku. Jednak strażnik ulega urokowi Agnetki i pozwala jej wziąć
swoje rzeczy bez okazywania kwitka. Jeszcze musimy nacisnąć jakiś
dziwaczny przycisk na jednej ze ścian i witaj Meksyku! Po wyjściu z hali
przylotów wymieniamy w kantorze amerykańską walutę na meksykańskie pesos
(1 USD - 10,91 MXN). Ale bywały także kantory z lepszymi kursami.
Następnie sprawdzamy ceny wypożyczenia aut w Avisie, Europcar i National.
W Nationalu dogadujemy się z niejakim Pablo, mówiącym po angielsku (jak
się potem okazało to rzadka przypadłość Meksykanów), że gdy będziemy
opuszczać Mexico City za 2 dni to wypożyczymy autko. Potem kierujemy się
na stację Aeropuerto, aby 3 liniami metra dojechać do Zocalo. Bilet
kupuje się w malutkich okienkach, gdzie klient nie ma kontaktu ze
sprzedawcą i jedynie co może zrobić to włożyć pieniądze (2 peso) i
czekać na bilecik. Dojeżdżamy do stacji Pino Suarez, gdyż stacja Zocalo
jest zamknięta ze względu na przygotowania do obchodów dnia
niepodległości. Wychodzimy na z metra na ulicę, a tam dziesiątki ludzi,
gwar i trochę zaniedbane dwukondygnacyjne budynki. -"Senora, Zocalo!" -
pytam pierwszą lepszą kobietę, a tej nie pozostało nic jak tylko wskazać
ręką kierunek, bo zauważyła, że z kim jak z kim, ale ze mną po
hiszpańsku to sobie nie pogada. Kierujemy się w wyznaczoną przez babkę
drogą razem ze sporym tłumem. Zwracamy uwagę przechodniów naszymi
białymi twarzami, do tego Michał jest blondynem, ja - jak na warunki
fizyczne Meksykanów - wyrośniętym człowiekiem, a Agnetka hipnotyzuje
ludzi niespotykaną wśród Meksykanek urodą. Dochodzimy do Zocalo - tak
nazywane są główne place miast w Meksyku. Mimo, że dzień niepodległości
będzie za 2 dni to już przy katedrze odbywa się festyn. Znajdujemy ulicę
Republika de Brasil i nasz wcześniej zarezerwowany przez Internet
hostel. Szybko załatwiamy w recepcji formalności - płacimy każdy po 100
pesos za łóżko w pokoju 12-osobowym na 3 piętrze z widokiem na Zocalo.
Jest już po sezonie wakacyjnym, więc w pokoju jesteśmy sami.
O 18.00, po rozpakowaniu się w hostelu zabieramy się na mały rekonesans
po centrum. Najpierw szukamy restauracji, żeby coś zjeść. Ciekawe, że
nalezienie przysporzyło nam trochę kłopotów. Dziwny ten rynek - skoro
nie ma ani jednej restauracji na niej. W końcu znajdujemy jedną na ulicy
odchodzącej od Zocalo. Tam ja i Michał zamawiamy jakieś odmiany
Quesadilli (placek zrobiony z mąki kukurydzianej wypełniony różnymi
składnikami - wyglądem podobny do naleśnika), a Bartek i Agi zamawiają
Burritos (placek z mąki pszennej z farszem warzywno-mięsnym). Wybór
potraw był trafiony. Podano nam do nich bardzo ostry sos i lemonki. Cena
za sytą kolacyjkę - 65 pesos + napiwek. Tak, tak - dawaliśmy napiwki,
choć wątpię, aby którykolwiek kelner był z nich w pełni zadowolony.
Potem wróciliśmy na Zocalo posłuchać występu orkiestry dętej grającej
wpadające w ucho kawałki. Bardzo ciekawym był fakt, że scena ułożona
była na drewnianych skrzynkach - nawet jeden z filarów podtrzymujący
dach sceny składał się ze skrzynek. Całe Zocalo jest odświętnie
przystrojone patriotycznymi elementami. W centrum placu, na ogromnym
maszcie powiewa flaga Meksyku. To jedna z większych flag jaką
kiedykolwiek w życiu widziałem. Jeszcze tylko fotka z na tle Pałacu
Prezydenckiego i kierujemy się w stronę Katedry, aby zobaczyć jej
wnętrza. Naszą uwagę zwrócił przede wszystkim ozłocony ołtarz główny i
tablica pamiątkowa mówiąca o tym, że nasz papież Juan Pablo II swego
czasu odprawił tutaj mszę. Potem przechodzimy do usytuowanych obok
katedry wykopalisk Templo Mayor, czyli resztek świątyni Azteków. Owa
świątynia to jedyna pozostałość po Tenochtitlan - miasta, które zostało
zburzone w XVI w. przez Hiszpanów, a na którego to miejsce powstało
współczesne Mexico City. Odpuszczamy sobie wejście na teren wykopalisk
(45 pesos)- bo i tak wszystko widać z placu okalającego wykopaliska.
Następnie kręcimy się po gwarnych uliczkach dochodząc do małego placyku
(Plaza de 23 Mayo) niedaleko naszego hostelu. Tam łapie nasz deszcz,
więc zawracamy. O 21.00, gdy przestało padać wychodzimy celem wypicia
piwka w jednym z meksykańskich barów lub dyskotek. Problemem jest tylko
to, że tak jak nie ma restauracji tak i nie ma dyskotek na Zocalo.
Ostatecznie trafiamy do klubu nad galerią sztuki za katedrą. Impreza
specyficzna - muzyka elektroniczna. Kupujemy sobie po Coronie za 25
pesos i obserwujemy tubylców... a oni nas. Po 23.00 razem z Bartkiem
wracamy do domu, Agi i Michał meldują się w pokoju po godzinie. Czas
spać - bo jutro zaplanowane mamy sprinterskie zwiedzanie stolicy.
Galeria Zdjęć
4.Nie śpimy... zwiedzamy...
Wstajemy dosyć wcześnie - 7.00 rano (14 września 2007). Godzinkę później
jesteśmy na śniadaniu (wliczone w cenę noclegu), które złożone jest z
jajecznicy, owoców oraz grzanek z dżemem. Najedzeni wyruszamy na
zwiedzanie. Na pierwszy ogień idzie Palacio de Bellas Artes, do którego
dochodzimy pieszo. Tam Agnetka narzeka na rażące słońce. Jedynym
wyjściem dla jej chorego oka jest noszenie okularów przeciwsłonecznych
razem ze zwykłymi okularami - tak też Agnetka robi - i dwie pary
okularów lądują na jej nosie. Spod pałacu przechodzimy przez ruchliwą
ulicę na czerwonym świetle (!) do wieżowca Torre Latinoamericana.
Zaczynamy zachowywać się na drogach niczym meksykanie, czyli traktujemy
znaki uliczne i sygnalizację świetlną jako sugestię dla
przechodnia/kierowcy, a nie jako bezwzględny nakaz. Bilety wstępu (40
pesos) na punkt obserwacyjny tego przestarzałego już drapacza chmur
nabyliśmy w hostelu, ale okazać musimy je w kasie. Tam gość stara się
nam coś wytłumaczyć. Agi, mimo że zna hiszpański nie do końca rozumie
intencje kasjera - kończy się na tym, że dostajemy pomarańczowe opaski
na ręce, które - jeśli dobrze się domyślamy - pozwalają nam na
całodzienny wstęp na wieżowiec. Wjeżdżamy na windą na 44 piętro, skąd
podziwiamy panoramę miasta. Gdzie nie spojrzymy tam budynki i ulice -
potężne miasto. Na niższym piętrze oglądamy wystawę dotyczącą historii
Mexico City i Torre Latinoamericana. Na jednej z ekspozycji dotyczącej
100 najwyższych budynków na świecie na rok 1956 widnieje nasz Pałac
Kultury i Nauki. Ot, taki polski akcent.
Następnym celem jest nowoczesna dzielnica Zona Rosa. Wsiadamy do metra
obok Pałacu Bellas Artes i jedziemy do stacji Insurgentes. Tam mamy
kłopoty, w którą stronę iść, aby dojść na Paseo de la Reforma. Przy
chodnikach dużo straganów oferujących gejowskie gazety i płyty CD,
niektóre z nich sąsiadują ze sklepami z zabawkami dla dzieci. Idziemy
obrośniętą efektownymi palmami ulicą Florencia. W jednym sklepie
znajdujemy na wystawie polską Żubrówkę i Wyborową. Fotka obowiązkowa. Z
czasem dochodzimy do ronda, na którym stoi Anioł Niepodległości (Monumento
a la Independencia). Przy rondzie znajdują się pomysłowe ławeczki - my
na zrobienie zdjęcia wybieramy tą w kształcie dłoni. Potem wchodzimy do
wnętrza kolumny (nic ciekawego tam nie było), a następnie stajemy się
obserwatorami jakiejś ważnej uroczystości pod pomnikiem. Ciekawe jest
to, że rondo jest dwukierunkowe. Dalej kierujemy się do ogrodów
Chapultepec (Bosque de Chapultepec). Idziemy wśród nowoczesnych
wieżowców, aż do bram parku. Samo miejsce bardzo fajnie się prezentuje -
znajduje się tutaj dużo egzotycznej, jak dla nas roślinności. W parku na
każdym rogu znajdują się policjanci, z jedną parą robimy sobie
pamiątkowe zdjęcie. Na głównej drodze parku znajduje się dość ciekawy
pomnik - to Monumento a los Ninos Heroes, obok niego bawimy się z
zaprzyjaźnionymi z ludźmi wiewiórkami. Obchodzimy wzgórze aby wejść do
zamku Chapultepec (bilet 45 pesos). Na placu przed zamkiem grupa
meksykańskich uczniów pyta nas po angielsku skąd jesteśmy. Na naszą
odpowiedź, że z Polski pytają: "Czy to jest gdzieś w Wielkiej Brytanii?"
Potem obchodzimy sale wystawowe, spacerujemy po ładnie zadbanych
ogrodach - tam też robimy sobie fotki z panoramą na miasto. Wszędzie w
pałacu znajduje się błyszcząca posadzka, po której ślizgamy się jak małe
dzieci - mając z tego oczywiście dużo zabawy. Po spędzeniu w parku
Chapultepec około 1,5 h wracamy do stacji metra o tej samej nazwie. Po
drodze Agi kupuje na straganie jakąś ciekawą potrawę, a my kanapki.
Wsiadamy w metro, a naszym celem staje się teraz stadion Azteca. Aby do
niego trafić trzeba jechać także pociągiem (2 pesos). Stadion wygląda
okazale. Jest to największy na świecie stadion piłkarski (co ciekawe nie
jest nim brazylijska Maracana) - mecze reprezentacji Meksyku może
oglądać 105 tysięcy ludzi. Przed głównym wejściem konik próbuje nam
sprzedać bilety na mecz ligowy, ale po chwili widzi, że się w tej
sprawie nie dogadamy. Próbujemy dostać się do środka stadionu - staram
się dowiedzieć w kasie biletowej jak można tego dokonać, ale po
powiedzeniu "buenos dias" brakuje mi języka w gębie i biegnę po Agnetkę,
co by mnie wsparła swoją znajomością hiszpańskiego. W kasach twierdzą,
że jest taka możliwość przy bramie wjazdowej dla personelu.
Docieramy tam forsując bardzo ruchliwą drogę. Ruchliwą do tego stopnia,
że Agi i Bartek spory okres czasu spędzili na środku drogi pomiędzy
jeżdżącymi w obie strony pojazdami. Jednak wejść na stadion nie możemy,
bo strażnik nas zatrzymał. Następnego dnia rozgrywany będzie na
stadionie mecz, więc dziś nikogo nie wpuszczają. Poprzez urodę Agnetki
próbujemy jednak wyperswadować gościowi, że musimy stadion od wewnątrz
zobaczyć. Negocjacje kończą się na tym, że możemy wejść, ale po 18.00,
jednak czekanie 2,5 h do tej godziny nam się nie opłaca. Ze smutkiem
rezygnujemy. Przed stadionem widzimy najpiękniejszą (jak się potem
okazało) meksykankę podczas naszej wyprawy, choć nie zmienia to faktu,
iż Meksyk w piękne kobiety zdecydowanie nie został obdarzony. Wracamy do
hostelu tą samą drogą (pociąg + metro). Na bocznej uliczce od Zocalo
wpadamy do bardzo średniej klasy restauracji (na stoliku obok nas leży w
worze kupa mięsa) na obiad złożony z zupki, meksykańskiej odmiany
hamburgera (hamburgeros - z różnymi meksykańskimi dodatkami) i wody
pomarańczowej (nie sok pomarańczowy, a woda..). O 17.00 wpadamy do
naszego pokoju na drzemkę, by o 18.30 wybrać się na północ miasta do
bazyliki da Guadalupe. W metrze tłumy. Raz nawet zrezygnowaliśmy z
pchania się do wagoników. W wagonach metra jest tak tłoczno, że czasami
ludzie nie są w stanie dopchać się do drzwi wyjściowych na swoich
stacjach i z rezygnacją jadą dalej, aż uda im się wysiąść.
Na stacji La Villa wysiadamy. Okolice bazyliki są typowo slumsowe.
Zaraz przy wyjściu z metra siedzący na ziemi przy budynku dziadek bez
nogi pokazuje nam kierunek, w którym powinniśmy pójść. Natomiast sam
teren bazyliki jest bardzo zadbany. Sanktuarium składa się z kilku
budynków, m.in. z starej bazyliki, która z racji błędów inżynierskich
przechyla się, grożąc zawaleniem. Nowy gmach bazyliki przypomina
wyglądem z kolei sanktuarium w Łagiewnikach. Matka Boska de Guadalupe
jest patronką całej Ameryki Łacińskiej - rocznie przybywa tutaj
najwięcej, bo 12 mln pielgrzymów na świecie, dla porównania Częstochowę
nawiedza 4 mln osób rocznie. Ponieważ nie mieliśmy zbyt dużo czasu do
zmroku, więc zwiedzanie ograniczyliśmy do krótkiej wizyty w starej
bazylice, w nowym gmachu sanktuarium - gdzie akurat odbywał się ślub
starszej pary. Zrobiliśmy sobie także fotkę pod pomnikiem Juana Pablo
II. W ciemnościach powróciliśmy do stacji metra. Następnym celem jest
wieczorne wyjście na wieżowiec Torre Latinoamericana. Pomyliliśmy stacje
metra i wysiadamy na Zocalo. Stamtąd na nogach pomaszerowaliśmy do
wieżowca. Obok niego stoi pięknie podświetlony Palacio de Bellas Artes,
a wokół siedzi wiele ludzi. W windzie na taras widokowy jeden z
Meksykaninów pyta o naszą narodowość. Na odpowiedź, że z Polski kiwa
głową z uznaniem. Ciekawe czy wie, gdzie w ogóle ta Polska leży? Znowu z
góry obserwujemy miasto. Ulice pełne aut wyglądają niczym świecące
rzeki. Duże wrażenie wywierają też położone na wzgórzach odległe
dzielnice Mexico City.
Po zejściu z wieżowca idziemy na kolację do pobliskiej restauracji.
Zamawiam bardzo dobre burritos za 45 pesos. W drodze do domu na jednym z
poddaszy budynków słyszymy żywe latynoskie rytmy. No i po szybkim
odświeżeniu się w hostelu idziemy tam trochę się pobawić. Dyskoteka
bardzo ciekawa. Zespół na żywo gra latynoską muzykę, widać, że na
parkiecie tańczą pary, które czują południowoamerykański rytm. Mnie to
onieśmiela i już wiem, że na parkiet ze swoimi umiejętnościami nie
wyjdę, więc razem z Bartkiem zajmujemy się delektowaniem meksykańskich
piw (Corona i Leon). Agi i Michał po 3 piwach zaczynają tańczyć i dość
fajnie im to wychodzi. Potem Michał idzie w odstawkę, ponieważ Agnetkę
poderwał Meksykanin o imieniu Oskar. Po jego twarzy widać było, że
taniec z piękną Europejką sprawia mu wiele radości. O 23.30 postanawiam
przejść się na Zocalo, aby się przewietrzyć. A tam setki ludzi
przygotowuje się do snu. Jedni śpią bezpośrednio na ziemi, inni w
większych lub mniejszych namiocikach. Generalnie ludzie śpią tam gdzie
jest miejsce, czasami trzeba było patrzeć pod nogi aby nie nadepnąć
kogoś. Tworzy się miasteczko namiotowe. Pod Pałacem Prezydenckim stoi
spora grupa ludzi, która coś rytmicznie wykrzykuje. Podchodzę tam,
myśląc, że to jakiś happening. Dopycham się do barierek, a za barierkami
grupa około 30 stojących w kordonie policjantów przygotowanych do
ewentualnej pacyfikacji manifestujących. Lekko zgłupiałem. Odszedłem
troszkę od tłumku i z oddali obserwowałem jak coraz głośniej obrażają
obecnego prezydenta Meksyku - Felipe Calderona. Wracam po Michała,
Agnetkę i Bartka i razem wracamy do hostelu. Do naszego pokoju
dokooptowali jakiegoś Meksykanina. O 1.00 już smacznie śpimy.
Galeria Zdjęć
5. Senor! Les Piramides!
O 7.00 rano (15 września 2007) wstajemy. Od razu pakujemy
swoje bagaże i o 8.00 już jemy śniadanie. Przez Internet piszemy maila w
sprawie rezerwacji hostelu w Puebli, do której mamy zamiar dziś
dojechać. O 8.40, mocno spóźnieni idziemy na spotkanie z Oskarem, który
miał nas zaprowadzić do jakiegoś taniego sklepu z pamiątkami. W
umówionym miejscu go nie ma, więc wsiadamy w metro i jedziemy na
lotnisko Benito Juarez. Tam wypożyczamy w Europcar za 301 USD za 7 dni
samochód Chevy, który wyglądem niczym nie różni się od Opla Corsy. Autko
w bardzo średnim stanie, ale go bierzemy. Pablo - gość u którego
wypożyczamy samochód daje nam mapkę i tłumaczy jak wyjechać z Mexico
City i dojechać do piramid Teotihuacan oddalonych 50 km od stolicy. W
sklepie kupujemy jeszcze mapę Meksyku i Mexico City. Niby wszystko
proste i jasne - Michał siedzi za kierownicą, ja zostaję nawigatorem.
Czas wyruszyć w drogę! ...i po pierwszych dwóch kilometrach entuzjazm
nam opadł. Ruch na drodze jest niemiłosierny, Meksykanie jeżdżą jak
wariaci. Jedna para oczu nie wystarcza, aby ogarnąć to co się dzieje na
szosie. Razem z Bartkiem i Agnetą informujemy Michała czy jakiś debil
nie wciska się z bocznego pasa. Z trzech pasów Meksykanie robią sobie na
własny użytek cztery. Świateł drogowych kompletnie nikt nie respektuje,
a do tego ogromne i nie oznakowane progi zwalniające. Tak wielkie, że
nawet jadąc z prędkością 10-15 km/h potrafiliśmy zahaczyć o nie
podwoziem.
Jazda po Mexico City jest dla nas wyzwaniem. Szczególnie, że gubimy się
już na pierwszych kilometrach i nie możemy odnaleźć właściwej drogi. To
miasto jest tak ogromne, że nawet czasami nie potrafiliśmy określić
swojego położenia na mapie. Wiemy, że mamy jechać na północ miasta, ale
nawet kiedy znajdujemy właściwe ulice, na które powinniśmy skręcić to
jest to nie możliwe, gdyż gęsty ruch uniemożliwia zmiany np. trzech
pasów na dystansie 400 metrów. I tak sobie z 1 godzinę błądziliśmy po
tym gigantycznym mieście. Pytamy jednego przechodnia jak jechać na
Teotihuacan. Co nieco nam tłumaczy, ale w Mexico City znać drogę do
celu, a osiągnąć cel to ogromna różnica. Znowu się gdzieś gubimy. Powoli
nabieramy pokory do polskich korków, bo nijak można je porównać do tych
meksykańskich. W pewnej chwili stoimy na dużym skrzyżowaniu na pasie dla
skręcających w prawo. Jednak momentalnie orientujemy się, że jak
skręcimy w lewo to znajdziemy się na właściwej drodze. I zrobiliśmy coś
co zapamiętamy do końca życia. Wjechaliśmy na czerwonym świetle (zresztą
nie tylko my) na środek skrzyżowania... a potem w oka mgnieniu
zdecydowaliśmy, że skręcamy w lewo! A dookoła nas samochody, które
wyczyniają mniej więcej tak samo absurdalne manewry jak my. Naprawdę
ciężko opisać tą sytuację, ale emocje sięgały wtedy zenitu. Za takie
akcje jak ta, którą zrobiliśmy na bank stracilibyśmy prawo jazdy w
Europie, ale tutaj na meksykańskich drogach to normalka. Michał jeszcze
nie jeden raz potem popisywał się kunsztem jazdy. W ogromnym korku wolno
poruszamy się na północ miasta.
Znaki za wiele nam nie
mówią, więc jedziemy "na czuja". Stojąc w korku pytamy kierowcę autobusu
"Senor! Les piramides!", a on "Derecho!" i pokazuje w jakiś dziwny
sposób ręką na wprost. Zrozumieliśmy "Derecha" co według Agnetki oznacza
w prawo, a że my ufamy bardziej naszej koleżance to skręcamy w prawo w
jakąś slumsowatą dzielnicę. Na ten widok kierowca autobusu prawie
popłakał się ze śmiechu. W każdym razie wróciliśmy po chwili na właściwą
drogę i dalej w żółwim tempie przesuwaliśmy się na północ. Ponieważ
znaków na piramidy nadal nie ma, to stajemy przy sklepie, gdzie
sprzedawca rysuje nam mapkę gdzie i kiedy skręcić. Jednak znowu gdzieś
źle skręcamy i po raz kolejny pytamy na drodze ludzi o właściwą drogę.
Jedna kobiecina w kołnierzu ochronnym na szyi mówi, żebyśmy ją wzięli do
auta to nam pokaże jak jechać. No i tak nam pokazała, że nieświadomie
podwieźliśmy ją pod jej dom. Na do widzenia powiedziała nam "Derecho,
derecho, derecho" i wskazała kierunek. Tak na marginesie kobieta
mieszkała w domu przy drodze, po środku której rosły drzewa.
Na piramidy trafiamy po 4,5 godzinach jazdy. Błędnie kieruję Michała na
parking, który znajduje się około kilometra od głównego wejścia na teren
wykopalisk. I ten dystans musimy przejść pieszo. Wędrujemy sobie
kamienną uliczką, dookoła kaktusy i inna egzotyczna roślinność. Z czasem
na horyzoncie pojawia się piramida. Jesteśmy! Na początku robimy sesję
zdjęciową pod tytułem "meksykańska fala". Kupujemy bilety wstępu za 45
pesos i już znajdujemy się na terenie ruin miasta Azteków - Teotihuacan.
Przy wejściu zatrzymujemy się przy straganach, aby kupić sombrera.
Michał z Bartkiem zabrali się za negocjacje cenowe, które były dosyć
ciekawe. Cena wywoławcza za 3 sombrera wynosiła 300 pesos. Potem gość
zszedł do 250 pesos, a za kupno 4 kapeluszy zaproponował cenę...380
pesos. To się nazywa meksykańska szkoła matematyki. Oczywiście Bartek,
Michał i Agnetka kupili 3 sombrera. Na początku wspinamy się na Piramidę
Słońca, skąd rozpościera się fantastyczny widok na całe ruiny. Na
szczycie spotykamy dwójkę Polaków. Ogólnie na terenie Teotihuacan widać
więcej białych twarzy niż w stolicy. Po zejściu z piramidy kierujemy się
drogą Calzada de los Muertes do drugiej piramidy - Księżyca. Po drodze
towarzyszą nam sprzedawcy pamiątek - niektórzy z nich słysząc nasz język
od razu wyskakują z tekstem "Dooobra ciena, dooobra". Piramidy są
naprawdę przepiękne - czuć też powiew historii, aczkolwiek ciężko sobie
wyobrazić, że w czasach świetności to miasto zamieszkiwało 200 000 osób.
Po kupnie drobnych pamiątek dla rodziny i znajomych, kierujemy się do
wyjścia.
Tam w mgnieniu oka oblega nas z 10 Meksykaninów, naganiając nas na obiad
w ich restauracji. Każdy wykrzykuje swoją ofertę, ciągnie za rękaw,
byleby tylko skorzystać z ich usług. Nawet gdy decydujemy się na jedną
restaurację to reszta do ostatnich chwil walczy o białego klienta. Potem
już w spokoju jemy jakiś meksykański zestaw obiadowy za 45 pesos i
wracamy na parking. Trochę żal nam było opuszczać to miejsce, bo nie
dość, że to najbardziej znana atrakcja turystyczna w Meksyku, to jeszcze
świetnie się tutaj bawiliśmy, co zostało uwiecznione na dziesiątkach
zdjęć. O 18.00 wyruszamy na trasę. Celem jest miasto Puebla. Do
przejechania jest 120 km. Znaków na to miasto oczywiście nie ma, więc
znowu jedziemy na czuja. Jedyne znaki jakie się pojawiają to tylko na
Mexico City, ale tam już nie chcemy jechać. Dość mamy horrorów. Gdy
znajdujemy na znakach miasta Texcoco i Los Royales, to momentalnie
kierujemy się na te kierunki... lecz i tak ostatecznie mimowolnie
wjeżdżamy do Mexico City. Wszystkie drogi prowadzą do stolicy... Znowu
korki, dzicy kierowcy, ogromne progi zwalniające i brak oznakowania. Z
czasem pojawia się znak wskazujący kierunek na płatną autostradę do
Puebli. Śmiałe decyzje podejmowane na drodze powodują, że ostatecznie
znajdujemy się drodze dojazdowej do autostrady. Już niby jesteśmy na
trasie szybkiego ruchu, już widzimy mknące samochody, a tu przed nami na
asfalcie pojawiają się metalowe kolce. Masakra. Dębiejemy. Nagle obok
nas przejeżdża samochód po tych kolcach, które pod ciężarem auta chowają
się. No to my też jedziemy, ale takich rozwiązań na drogach to ja nigdy
w życiu nie widziałem..
Autostrady w Meksyku są płatne. Płaci się słono, ale w zamian kierowca
nie musi co 100 metrów hamować przed progami zwalniającymi, a my po
jednym dniu mamy tego serdecznie dość. Za odcinek do Puebli płacimy 80
pesos. Michał jedzie szybko, bo droga praktycznie pusta, no i także
chcemy przejechać jak największą cześć trasy za dnia. Jedziemy poprzez
góry. Dużo wyprofilowanych zakrętów. Z czasem robi się ciemno. Na jednym
wzniesieniu fajnie widać oświetlone Mexico City. Dojeżdżamy do Puebli.
Celem jest hostel Santo Domingo, w którym zarezerwowaliśmy sobie nocleg
przez neta. Mamy tylko adres i niedokładne mapki centrum miasta w
przewodniku. Odczuwamy dużą różnicę między Pueblą a Mexico City. Tutaj
widać cywilizację. Na drogach większość kierowców stara się przestrzegać
przepisy. Drogi bez progów zwalniających i nawet nie ma w nich zbyt
dużych dziur. Jesteśmy głodni. Stajemy na stacji benzynowej. Michał i
Bartek idą kupić po hot-dogu (które sami musieli sobie zrobić - taki
rodzaj self-service), a ja z Agnetą wypytujemy taksówkarza jak dojechać
do hostelu. Tłumaczył, tłumaczył... aż w końcu powiedział, że lepiej
żebyśmy za nim pojechali. No to pojechaliśmy. Taksówkarz jechał przed
nami non-stop na światłach awaryjnych, tak aby był dla nas widoczny. Gdy
dojechaliśmy na właściwą ulicę, taksówkarz zatrzymał się, wskazał nam
hostel, uśmiechnął się.. i tyle go widzieliśmy. Złoty człowiek z niego,
sami byśmy tutaj nie trafili. Okazuje się, że to centrum miasta. Trzeba
było gdzieś zaparkować, a jedynym pomysłem był piętrowy parking w jednej
z kamienic. Płacimy za noc postoju 100 pesos. Oddajemy kluczyki do auta,
a w zamian otrzymujemy karteczkę, z którą następnego dnia mamy się
pojawić, aby otrzymać samochód. Potem idziemy prosto do hostelu.
Prezentuje się bardzo ładnie. Recepcjonista mówi tylko po hiszpańsku,
więc załatwianie formalności zostawiamy Agnetce. Rezerwacja na nazwisko
"Baher" została przyjęta. Za 100 pesos dostajemy do dyspozycji pokój
6-osobowy z łazienką plus poranne śniadanie. Lubię takie interesy. Tak
samo jak w Mexico City, za 22 złote mieszkamy sami w ścisłym centrum
miasta.
Galeria Zdjęć
6. Sprintem przez Pueblę i Oaxacę.

O 21.00, po zainstalowaniu się w hostelu, wybieramy się na
ulice miasta, aby zobaczyć jak miejscowi świętują dzień niepodległości.
Na reprezentacyjnym deptaku miasta - Avenida 5 de Mayo - mnóstwo ludzi,
a wśród nich my - gringos (biali). Znowu zwracamy swoim wyglądem uwagę
tubylców. Do tego stopnia, że jedna z przechodzących kobiet posyła
blondwłosemu Michałowi przyjacielskiego buziaka. Wszędzie rozstawione
stragany z jedzeniem, oraz emblematy narodowe. Znaczna część młodych
ludzi w ramach zabawy smaruje bitą śmietaną inne osoby. Ogólnie
atmosfera święta i radości. Od czasu do czasu małe dzieciaki odpalają
huczne petardy - co lekko nas denerwuje. Natomiast przed 22.00 przy
kościele Santo Domingo obserwujemy fajerwerki - choć trzeba przyznać, że
to był ubogi pokaz. Staramy dostać się na Zocalo, lecz świętujący tłum
na głównym placu miasta jest tak potężny, że rezygnujemy z wejścia.
Jesteśmy już zmęczeni dniem pełnym emocji. O 23.00 wracamy do hostelu,
zahaczając o sklep Oxxo po piwko, co by się lepiej spało. Siusiu, piwo,
paciorek i spać.
Rano wstajemy o 8.30 (16 września 2007). Chcemy zarezerwować przez
Internet kolejny nocleg w Oaxace, więc idę na recepcję dowiedzieć się
czy mogę użyć komputer. Ponieważ nikogo nie widzę, to wyżywam się na
dzwoneczku, aż ktoś przyjdzie. I tak po minucie wyłazi zaspany
Meksykanin spod lady recepcji. Ale się zdziwiłem. W każdym razie co
miałem załatwić to załatwiłem. Potem jemy śniadanie (mleko z płatkami i
grzanki)
Lecimy od razu na Zocalo, które znacznie różni się od tego z Mexico
City. W oczy rzuca się bardzo dużo zieleni, drzew, palm. Całe centrum
Puebli zostało wpisane na światową listę dziedzictwa UNESCO. Ciekawe
jest także to, że miastem partnerskim Puebli jest Łódź. Pod katedrą
robimy sobie małą sesję zdjęciową, a potem spacerujemy po pobliskich
uliczkach. Ludzi prawie w ogóle nie ma, gdyż jest niedziela, a do tego
większość musiała wypocząć po nocnej zabawie. Na spacerku Bartek męczy
Agnetkę, żeby nauczyła nas jakiś niestandardowych słów. Szczególnie w
głowie utkwiły nam dwa słowa: "ramolacio", czyli burak i "fuera", czyli
spadaj. Po godzinie wracamy do hostelu, mijając m.in. kantor, którego
pilnuje znudzony ochroniarz trzymający w ręce sporych rozmiarów karabin.
Jest już prawie 12.00, więc szybko pakujemy się, odbieramy z parkingu
autko i kierujemy się na autostradę. Przed nią jednak zatrzymujemy się,
by zrobić sobie zdjęcie na tle pokrytych śniegiem, czynnych wulkanów -
Popocatepetl (5452 m) i Iztaccihuatl (5230 m). Jeszcze tylko zatankujemy
benzynę (8,60 pesos/litr czyli... 2,10 PLN/litr) i już rozpędzamy się na
autostradzie. Na obrzeżach miasta mijamy dość ładny stadion piłkarski
klubu FC Puebla. Z czasem na horyzoncie pojawia się najwyższy szczyt
Meksyku - wulkan Pico de Orizaba (5636 m). Jedziemy trasą stanową 150D w
kierunku Veracruz, z której w pewnym momencie odbijamy na Oaxace. Przy
uiszczaniu opłaty za kolejny odcinek autostrady wjeżdżamy w złą bramkę,
kierującą samochody na jakąś podrzędną drogę. Na szczęście pracownik
autostrady na czas się orientuje, że gringos raczej świadomie nie jadą
na wioski i pomaga nam wjechać do właściwej bramki - kierującej na
Oaxace. Trzeba było zmusić kilka aut i jednego tira aby cofnęli się,
byśmy mogli wyjechać z błędnej bramki. Oto nasza kolejna drogowa
przygoda... Krajobraz, który widzimy za oknami, ciągle się zmienia. Na
początku naszej jazdy występują wzgórza, potem lekkie wzniesienia
obrośnięte kaktusami, a na koniec wjeżdżamy w wysokie góry. Przez
większość trasy nie ma żadnych zabudowań, wokół tylko przyroda. Nad
jedną z przełęczy robimy sobie odpoczynek. Widoki porażająco piękne. Nad
przełęczą zbudowany jest most - który naprawdę robi wrażenie. Przez
pewien czas jedziemy po drodze wykłutej w skale. Agnetka i Bartek od
czasu do czasu sobie drzemią, mi też się w sumie chce, ale w jednej
chwili wszystkim odechciewa się spać.
W pewnym momencie przejeżdżamy obok zaparkowanego na poboczu Hummera.
Nie było by w tym nic dziwnego - bo do tych widoku tych z natury
wojskowych pojazdów przyzwyczailiśmy się w USA, ale ten miał na dachu
spore działko, wycelowane w kierunku drogi. A za 200 metrów dalej
zatrzymuje nas żołnierz z karabinem. Momentalnie chowamy wszystkie
aparaty i pieniądze najgłębiej jak możemy, bo widzimy, że samochód
cywilny stojący na boku drogi ma przeprowadzaną kontrole bagażnika.
Wokół posterunku ustawionego w środku pola z kaktusami krzątają się inni
żołnierze. Jedni ścinają maczetami kaktusy (!), a inni układają
kamienie. Wszystko dla nas jest jakieś takie nienormalne. Zatrzymujemy
się przed żołnierzem. Na pytania skąd i dokąd jedziemy i jakiej
narodowości jesteśmy odpowiada Agnetka, bo tylko ona rozumie co on gada.
W każdym razie Agi udzieliła prawidłowych odpowiedzi i mogliśmy
spokojnie jechać dalej. Ale emocji było sporo. Po 20 km znowu mamy
przymusowy przystanek. Tym razem jakaś para ludzi stawia na drodze
pachołka i nie ma rady - trzeba stać, choć nie za bardzo wiemy dlaczego.
Po 15 minutach pozwalają nam jechać - okazuje się, że jeden pas drogi
jest remontowany na długości około 5 km. Taka sama sytuacja przydarza
nam się jeszcze raz. Przed Oaxaca musimy znowu zapłacić za autostradę
(48 pesos) mimo, że jedziemy nią tylko 20 km. I tak po przejechaniu w
sumie 350 km dojeżdżamy do naszego celu.
Oaxaca (czyta się Uahaka) z opowieści Oskara (tego gościa, z którym Agi
tańczyła w Mexico City) miała być jednym z piękniejszych i czarujących
miast Meksyku, a tu już przy wjeździe do miasta widać, że to jest raczej
przeciętna mieścina. Najpierw szukamy zarezerwowanego przez nas hotelu
La Villada Inn. Jak zwykle mamy tylko adres. Ponieważ nikt nie wie,
gdzie jest ta ulica, to rezygnujemy z szukania i wybieramy polecany
przez przewodnik Lonley Planet hostel Paulina. Mieści się niedaleko
Zocalo, więc nam pasuje. Za 125 pesos dostajemy miejsce w dormitorze na
piętrze. Karta ISIC daje mi 10% rabatu. Pokój dzielimy z parą Francuzów
będących na wymianie studenckiej z uczelnią w Puebli. Pokoje ładne. Sam
hostel, a szczególnie ogród przy nim, prezentuje się nieźle. Jest 17.00
- czas zjeść coś na mieście. Przechodzimy przez Zocalo, ale póki co
tylko w poszukiwaniu restauracji. Znajdujemy jedną w bocznej uliczce.
Obsługuje nas młoda kelnerka, mówiąca tylko po hiszpańsku. Myli
zamówienia. Michał zamiast kawy dostaje coca-cole. Ja dostałem potrawę
zamówioną przez Bartka, a Bartek moją. Nie znamy się na tym co
zamówiliśmy i każdy z nas był przekonany, że je to co zamówił... a tu
przychodzi babka i mówi coś w tym stylu: "Upss. Pan je pana danie, a pan
pana". Jedyne co ją ratowało to to, że dania były bardzo smaczne. Po
kolacji nadszedł czas na zwiedzanie. Najpierw idziemy na Zocalo i
przyległy mu plac Alameda de Leon, gdzie obserwujemy musztrę dzieci
przed jakimiś uroczystościami. Potem wchodzimy na chwilkę do katedry na
Zocalo. Na nim robimy sobie także zdjęcie przy dopiero co oddanym do
użytku Łuku Tryumfalnym, który ubarwia napis "Viva Mexico". W Oaxace
ogólnie widać więcej białych twarzy. Po spacerze po Zocalo, kierujemy
nasze kroki na Calle Alcala. Tą ulicą dochodzimy sobie do placu przy
kościele Santo Domingo. Na nim utworzył się mały targ miejscowej
ludności. Bardzo klimatyczne miejsce. Po krótkiej sesji zdjęciowej przy
kościele idziemy do budynków zakonu del Carmen Alto. W sumie niezbyt
interesujące miejsce, choć widok siedmioletniego chłopczyka bijącego z
całych sił w dzwon był dość ciekawy. Następnie idziemy pod Bazylikę de
la Soledad, trochę oddaloną od centrum. Świątynia ładna, choć w pamięć
nam nie zapadnie. Tak na prawdę, to w meksykańskich miasteczkach
głównymi zabytkami są kościoły, katedry i bazyliki. Tylko, że nasuwa się
pytanie - jak długo chce się oglądać non stop świątynie... Po zmroku
wracamy do hostelu. Szybko wskakujemy do łóżek, bo jutro czeka nas cały
dzień w podróży.
Galeria Zdjęć
7. Meksykański rajd po drogach i bezdrożach Meksyku.
Rano wstajemy o 7.30 (17 września 2007). Budzimy Francuzów, bo nas o to
prosili. Potem lecimy na śniadanko, które jemy w ładnej scenerii - obok
ogródka obrośniętego egzotyczną roślinnością. Wsiadamy w autko i...
zaczynamy błądzić po mieście, bo jak zwykle znaki drogowe nam nie pomogą
w odnalezieniu tej jedynej, właściwej drogi. W mieście odbywa się
kampania przed wyborami na prezydenta miasta - na jednym z budynków wisi
plakat z wizerunkiem jakiegoś gościa i podpisem - Lenin presidente.
Zajeżdżamy pod supermarket, aby zrobić podstawowe zakupy na drogę. Tam
też pytamy ludzi jak jechać w stronę miasta Puerto Escondido. Ogólnie
czeka nas około 700 km do przejechania, piszę około bo na przykład nasz
przewodnik Lonely Planet twierdzi, że Acapulco osiągniemy po 828 km, a
taka ilość kilometrów trochę nas przeraża. Co do odcinka Oaxaca - Puerto
Escondido jeden Meksykanin mówi, że przejedziemy go w 4 godziny, choć
nie za bardzo mu wierzymy, to tylko 250 km. Wjeżdżamy na drogę stanową
oznaczoną Oax 135 i od razu witają nas olbrzymie reduktory na dziurawym
asfalcie. Na całej trasie jest ich mnóstwo. No ale cóż, jechać trzeba.
Na początku jedziemy przez wioski zabite dechami, z czasem teren staje
się górzysty. Droga zaczyna przypominać serpentyny rozrzucone po
zboczach gór. Na poboczach często mijamy chodzące luzem osły, kozy czy
krowy. Jeden byczek raz całkowicie zatarasował nam drogę. Przez 5 godzin
jedziemy prawie jak na rajdzie. Prędkość 50-60 km/h. Zakręt w lewo, 100
metrów prostego odcinka i zakręt w prawo. Często na zakrętach słychać
było koła... w sumie nie wiem dlaczego. W każdym razie czuliśmy się jak
na OSie jakiegoś rajdu. Z czasem wjeżdżamy w swego rodzaju dżunglę, a w
niej malutkie wioski. Murowane domki ustępują powoli domom zrobionym z
bambusa. Przy domach raz po raz zawieszone są hamaki. Po ponad 100 km na
wiosce widzimy stacje benzynową (Pemex - monopolista na rynku) i, mimo
że mamy jeszcze pół baku to nie ryzykujemy. Tankujemy do pełna, bo kto
wie kiedy ujrzymy następną stację w tych górach? Cały czas psychicznie
dobijają nas nieoznakowane progi zwalniające, a do tego dochodzą duże
odcinki dróg z niebezpiecznymi dziurami.
Czas nas goni - chcemy jak największą część trasy przejechać w dzień.
Przejeżdżamy obok wiejskich szkół - czasami umieszczonych w szałasach
zrobionych z palm. Na ostatnich 50 km odcinka drogi do Puerto Escondido
bawimy się w zgadywanie, za którą górą pojawi się Pacyfik. Wierzymy
także, że gdy dojedziemy już do tego miasta, droga będzie już względnie
prosta. Tam też zmieniam Michała za kierownicą, gdyż okazuje się, że
przy wypożyczaniu auta gość pomylił się w dokumentach i wpisał mnie jako
drugiego kierowcę, a zorientowaliśmy się o tym tuż przed wyjazdem z
Oaxaca. Poza tym Michał nie najlepiej się czuje, a na jego klacie i
plecach pojawiło się stado meksykańskich pryszczy. Upał doskwiera.
Wszyscy jesteśmy cali mokrzy. Jest 16.00, a do Acapulco według znaków
pozostało 380 km (po przejechaniu 30 km znaki pokazywały 398 km do
Acapulco...). Pojawiają się głosy, czy by lepiej nie było, aby zostać na
noc w Puerto - bo wygląda to miasteczko na bardzo ładne. Jednak dalej
jedziemy. Na początku trasy długie, proste odcinki, więc nie jest źle.
Od czasu do czasu po lewej stronie widzimy Ocean Spokojny. Fajny klimat,
szczególnie, że dookoła lasy palmowe i pojawiające się w nich wioski.
Inny świat. Przez 20 km jedziemy za ciężarówką pełną żołnierzy z
karabinami - boimy się ich wyprzedzić. W końcu jedno auto meksykańskie
zdecydowało się na ten manewr - więc my nie mogliśmy być gorsi. Za
Puerto Escondido mijamy wojskowy posterunek na drodze, ale na szczęście
tutaj nie chcą nas kontrolować. Mijamy kolejne wioski i miasteczka.
Jedziemy przez Rio Grande i miasteczko, które nikt z nas nie potrafił
wymówić - Cuajinicuilapa.
Zatrzymujemy się na tankowanie w jakiejś mieścinie. O 20.00 robi się
ciemno i ostatnie 160 km pozostaje nam przejechać w ciemnościach.
Obawiamy się, że nie zauważymy jakiegoś reduktora i stracimy koła.
Taktyka jest taka, aby podczepić się pod jakiś samochód i jechać za nim.
Hamowaniem będzie nam wskazywał gdzie są reduktory (topes). I tak
robimy. W aucie jest już zabójczo gorąco, każdy zalany jest potem. Na
jednym zakręcie leżą zwłoki psa, które musze wziąć między koła. Wyminąć
ich się nie dało. Michał z Bartkiem zażartowali sobie potem, że
przejechałem osła - Agi w ich żarty uwierzyła - no i wyszło na to, że
przejechałem żywego osła. W mijanej wiosce odbywają się zawody corridy.
O 23.00 w końcu dojeżdżamy do Acapulco. Przed miastem zmieniam się z
Michałem za kierownicą, bo już jestem bardzo mocno zmęczony wieczorną
jazdą. Do tego stopnia, że nie zauważyłem jak droga jednopasmowa zrobiła
się dwupasmową i... dzięki temu zatrzymaliśmy się na środku pasa
oddzielającego oba kierunki ruchu. 370 km po meksykańskich drogach w
takich warunkach to jedna wielka masakra. Michał wjeżdża do miasta.
Szukamy hostelu K3. Mamy duże kłopoty ze znalezieniem. Napotkani ludzie
nie wiedzą gdzie to jest. Po 40 minutach, ostatkiem sił, znajdujemy
hostel. Zmęczeni, spoceni - po 13 godzinach jazdy dotarliśmy do celu!
Viva Acapulco!
Galeria Zdjęć
8. Brygada odpoczywa w Acapulco
Za nocleg w pokoju o wymiarach 2,5 x 2,5 metra płacimy 145 pesos, choć
powinniśmy 160 - jednak umiejętność targowania się Michała pozwoliła nam
zaoszczędzić po 15 pesos każdy. Po szybkim prysznicu każdy kładzie się
na swoje łóżka i o 24.00 wszyscy już śpią jak zabici. To był długi i
emocjonujący dzień.
Rano (18 września 2007) budzi nas duchota w pokoju - klimatyzacja
się wyłączyła. O 9.00 jemy śniadanie (jak zwykle w cenie noclegu) na
tarasie hostelu z widokiem na główną ulicę miasta - La Costera. No i po
śniadaniu nadszedł czas wymoczyć w końcu nasze tyłki w Oceanie
Spokojnym! Idziemy na pobliską plaże o nazwie Playa Condesa i spacerując
w sporej odległości od linii brzegowej szukamy odpowiedniego miejsca na
rozłożenie naszych koców... aż tu nagle spora fala dopada nas, mocząc
prawie całe nasze ubrania. Taaak... Ogromne fale Pacyfiku zapamiętamy z
pewnością. Jak wchodziliśmy do wody to, chcąc nie chcąc trzeba było
poddać się falom i pozwolić im decydować o tym, czy zostaniemy wyrzuceni
daleko na brzeg, czy wciągnięci do oceanu. Z tego powodu było dużo
zabawy. Plaża całkowicie pusta. Jesteśmy tylko my i palmy. Z czasem
przechodzi obok nas para, która rozmawia po... polsku. Przyjechali tutaj
z wycieczką z Logos Tour, która ich kosztowała 2500 USD. Podchodzi do
nas także jeden meksykański patafian i bajeruje Agnetkę jakimiś tanimi
tekstami. Agi próbuje zbyć go, mówiąc, że Michał jest jej narzeczonym.
Po kilku minutach wreszcie odchodzi. Po 14.00, zmęczeni słońcem, idziemy
do hostelu odpocząć.
Po 2 godzinach jedziemy w okolice Zocalo. Przed jakimkolwiek zwiedzaniem
wchodzimy do restauracji na burritos za 58 pesos. Potem chodzimy po
ulicach w poszukiwaniu Zocalo (mamy niedokładną mapę). Przy okazji
wchodzimy do księgarni, bo zobaczyć co ciekawego oprócz dzieł Carlosa
Marxa można kupić. Z czasem znajdujemy się na Zocalo, której atrakcją
jest niebiesko-biała katedra. Po krótkim odpoczynku na ławeczce pod
palmami idziemy na nabrzeże, gdzie Meksykanie akurat łowią na żyłkę
ryby. Po półgodzinnym spacerze decydujemy się wrócić na chwilkę do
hotelu, by po pewnym czasie pojechać autem na skały La Quebrada. Z
dotarciem tam mamy małe kłopoty. Jeździmy po jakiś dziwnych miejscach,
ale ostatecznie trafiamy tam gdzie chcieliśmy. Skały La Quebrada to
miejsce gdzie Meksykanie urządzają sobie ryzykowne skoki do wody. Za
możliwość oglądania tych wyczynów z bliska trzeba zapłacić 35 pesos. My
decydujemy się oglądać skoki z oddali. Rzeczywiście robią wrażenie. W
międzyczasie Michał ma kłopoty z kartą pamięci do aparatu. Powoli nad
Pacyfikiem zachodzi słońce, skoki do wody dobiegły końca - czas się
zbierać do hostelu. O 23.00 wszyscy już śpimy.
Rano (19 września 2007) pobudka - śniadanko o 8.30, a potem znowu
biegniemy na plażę wykąpać się w oceanie. O 11.00 wracamy do hostelu, by
obmyć się z soli. Trzeba też przygotować się do opuszczenia Acapulco.
Gdy już pakujemy się, Bartek wpada na pomysł, aby wrócić na plażę i
porobić sobie zdjęcia w sombrerach. I tak robimy. Kilka osób widząc
sombera na głowach białych ludzi reagowało "Viva Mexico!". Na plaży jak
zwykle wygłupy. Wtedy też Michał zauważa skutery wodne, na których to
ochotę pojeździć miał już w USA. Po negocjacjach cena ustaliła się na
poziomie 32 USD za 30 minut. No i przez ten czas Agi i Michał mknęli
skuterkiem po zatoce, a ja z Bartkiem z piwkami w ręku obserwujemy ich
wodne wyczyny z brzegu. Agi i Michał - cali mokrzy (raz spadli ze
skutera), ale bardzo zadowoleni meldują się na brzegu. Ostatnia atrakcja
zaliczona. O 13.00 opuszczamy Acapulco i kierujemy się do Taxco.
Wybieramy autostradę zamiast zwykłej drogi, lecz potem żałujemy tej
decyzji bo za wjazd na nią płacimy 70 pesos, a po 70 km kolejne 110
pesos. Tyle kasy za momentami bardzo dziurawą drogę to według nas
zdzierstwo, więc przy pierwszym możliwym zjeździe z autostrady (a takich
nie ma wiele) decydujemy się obrać inny kurs. Gość pobierający opłatę za
drogę mówi, że to zły wybór i że powinniśmy jechać nadal autostradą, bo
stąd będziemy jechać do Taxco ze 2 h, jak nie więcej. Jego argumenty nas
nie przekonują. Dalszą drogę do Taxco przebywamy po górskich
serpentynach. Późnym popołudniem docieramy do kolejnego celu naszej
podróży.
Galeria Zdjęć
9. Wspinaczka na ulicach Taxco
Pierwszym celem jaki sobie postawiliśmy wjeżdżając do miasta - było
znalezienie noclegu. Mimo, że mamy jeden adres hotelu to dotarcie do
niego jest prawie niemożliwe. Ulice w tym mieście są tak wąskie, że
ledwo dwa samochody są w stanie przejechać obok siebie. A tak stromo
nachylonych ulic jak te, po których jechaliśmy, nigdy nie widziałem.
Miasto porównać można do mrowiska, po którym jedynymi "mrówkami", które
nie mają problemu z łatwym poruszaniem się są garbusy. Przez 30 minut
krążyliśmy po miasteczku do czasu, aż nie zatrzymał nas na ulicy młody
chłopak oferujący noclegi. Może dla nas załatwić u swojego kolegi
4-osobowy pokój za 400 pesos. Nie mamy większego wyboru - bierzemy. Sami
przecież niczego nie znajdziemy. Chłopak proponuje, że za napiwek pokaże
nam jak jechać. Znowu nie mamy wyboru - bo po tym mieście jeździć autem
jest kompletnie bez sensu. I tak gość władował nam się do samochodu i za
sprawą jego wskazówek dojeżdżamy pod hotelik. Dopełniamy formalności z
właścicielem i dostajemy kluczyk do kłódki - która służy tutaj za zamek
do drzwi. Zostawiamy bagaże i idziemy na kolację na Zocalo. W
restauracji znowu trudny wybór. Ja biorę Tostados z mięsem, a Michał
Pollo de Mole za 44 pesos. Jego nieapetyczne danie wyglądało jak kapusta
w czekoladzie. Ponieważ w przeciwieństwie do Michała nie byłem zbyt
głodny to wymieniłem swoje smakowicie wyglądające danie właśnie na
Michała Pollo de Mole. Michał najadł się do syta, a ja zjadłem to co
było zjadliwe w tej dziwnej potrawie. To danie to była chyba największa
pomyłka kuchni meksykańskiej.
Po kolacji przyszedł czas na zwiedzanie miasteczka. Klimat wąskich
uliczek i kolorowych domów od razu nam przypadł do gustu. Nad
miejscowością góruje figura Chrystusa. Wyglądem przypomina tą, która
zbudowana została w Rio de Janeiro, ale tylko wyglądem... Zapragnęliśmy
tam wspiąć się - choć zdawaliśmy sobie sprawę, że niedługo będzie się
ściemniać, a wspinaczka na tą górę krótka nie będzie. Ale warto
zaryzykować. No to idziemy. Cały czas uliczkami pod górę. Przechodzimy
obok kościoła, przed którym dzieci grają w piłkę. W pewnej chwili
brukowana droga się kończy. Nie wiemy co robić - Agi pyta jakieś faceta
stojącego przed domem o drogę. -"Idźcie za tą dziewczynką. Ona pokaże
wam drogę..." Pojawia się nagle 6-letnia dziewczynka i zaczyna nas
prowadzić po skałkach między domostwami. Podczas marszu non-stop nawija
po hiszpańsku Michałowi, który bez wiary w końcowy efekt próbuje jej
wytłumaczyć, że nie rozumie tego języka. Dochodzimy pod gęsty las.
Dziewczynka pyta czy idziemy cięższą, ale krótszą drogą przez las czy
lżejszą, ale dłuższą dookoła lasu. Zaczyna się ściemniać więc idziemy
przez las. Na pytanie Agnetki czy w lesie są "scorpiones" ciągle
kaszląca dziewczynka odpowiadała "no animales". W pewnym momencie
dziewczynka zatrzymuje się, nie dając już sobie rady z atakami kaszlu i
mówi, że dalej już nie pójdzie. I tak nam dużo pomogła - daliśmy jej 15
pesos za pomoc. Na koniec pamiątkowa fotka, a potem dalej idziemy pod
górę. Na szczycie jesteśmy tylko my i obściskująca się para, która
trochę speszyła się naszą obecnością. Widok na miasteczko przepiękny.
Warto było się namęczyć, aby tu wejść. Gdy zaczyna być już ciemno
decydujemy się wracać, ale nie przez las - bo tam na pewno się zgubimy.
Wskazówki młodych ludzi i biegającego po tamtych rejonach Meksykanina
pozwalają nam dotrzeć do miejsca gdzie swój przystanek mają busiki.
Jeden z nich zabiera nas za 4 pesos na Zocalo. Jest już wieczór, w
centrum dużo ludzi. Nie pozostało nic jak tylko siąść sobie na ławeczce
i delektować się atmosferą panującą w Taxco. O 23.00 jesteśmy już w
hoteliku. Nie możemy otworzyć kluczem kłódki, więc właściciele w ramach
pomocy starają się otworzyć drzwi od wewnątrz. Po drabinie przez okno
wchodzą do naszego pokoju.. i sprawa załatwiona. Jeszcze chwilkę
oglądamy relacje z pierwszej kolejki Ligi Mistrzów w telewizorze i
idziemy spać. Zmęczenie daje znać o sobie.
Galeria Zdjęć
10. W drodze do Mexico City.
Dzień (20 września 2007) zaczynamy od śniadania w wyludnionej o tej
porze pizzerii niedaleko Zocalo. Wybieramy sobie pizze o rozmiarze super
grande i czekamy. Po 15 minutach przychodzi ekspedientka i mówi, że
kucharz, który powinien robić pizze, jest nieobecny w kuchnii...
Hmm..ciekawa sytuacja. Wobec tego decydujemy się na Hamburgerosy, które
to sprzedawczyni zobowiązuje się przygotować. Po ponad pół godzinie
Michał i Bartek dostają swoje hamburgery, a ja nadal czekam... Co się
okazuje? Zapomniała kobietka o mnie...i kolejne 20 minut czekania na
moje danie. Po 1,5 h opuszczamy pechową pizzerię, ale ważne, że
najedzeni. Z tego powodu musieliśmy zrezygnować z kilku miejsc, które
chcieliśmy zobaczyć w tym mieście. Ostatnie chwile w Taxco przeznaczamy
na krótki odpoczynek na Zocalo (część męska) i na zakupy (Agi). Około
11.00 wsiadamy w auto i kierujemy się na Cuarnevace bezpłatną drogą.
Jadąc tam mylimy drogę (czytaj: źle pokierowałem Michała) i przez
przypadek znajdujemy się niedaleko miejscowości Xochicalco, w której
znajdują się wpisane na listę UNESCO ruiny miasta Azteków i Olmeków.
Skoro tu jesteśmy to podjeżdżamy pod to miejsce. Nie było tam wiele osób
- dwie Niemki, Angielka i wycieczka młodych Meksykanów. Pół godziny
wystarczyło, aby obejrzeć to co nas interesowało. Miejsce ładne, ale nie
zachwycające tak jak Teotihuacan. Potem znajdujemy właściwą drogę do
Cuarnevaki, gdzie chcieliśmy zobaczyć kolejną piramidę (Piramide de
Teopanzolco - słynna z tego, że we wnętrzach głównej piramidy znajduję
się druga), jednak z braku funduszów u Agnetki i Michała oglądamy ją zza
ogrodzenia. Cuarnevaca jest dość dużym i bogatym miastem. I to, do czego
się przyzwyczailiśmy... na ulicach zawsze stoi się w korkach.
Zaraz za Cuarnevacą zatrzymujemy się przy hipermarkecie Wall-Mart, gdzie
kupujemy tequille w ramach pamiątek dla znajomych i pożywienie na
ostatni dzień pobytu w Meksyku. O 19.00 dojeżdżamy do przedmieść Mexico
City. Na jednym ze wzniesień zatrzymujemy się aby zrobić zdjęcia tego
rozległego miasta. Wjazd do miasta przebiega, o dziwo, bardzo sprawnie.
Nie stoimy zbyt długo w korkach. Uzbrojeni w mapę, przejeżdżamy kolejne
punkty orientacyjne takie jak Estadio Azteca - na którym to tydzień temu
byliśmy. W jednym miejscu nie jesteśmy w stanie przez duży ruch zmienić
4 pasów, aby skręcić w zjazd na Rio Ruscobusco i trochę się gubimy,
nadal jadąc w sporej kawalkadzie aut. Postanawiamy skręcić w gąszcz
małych uliczek. I ostatecznie jakimś sposobem (sam nie wiem jakim cudem
ta ulica wyrosła nam przed oczami) trafić na drogę szybkiego ruchu
prowadzącą m.in. na lotnisko. Poruszając się wolnym tempem w korku -
zadowoleni, że przed nami w oddali widać już lądujące samoloty,
rozluźniamy się przy głośnej muzyce. Michał znowu ujarzmił ten ogromny
ruch uliczny w jednym z największych miast świata. Na drodze przy
lotnisku Michał rzuca ostatnie wiązanki "kurw" w stronę szalonych
meksykańskich kierowców... i już można oddać samochód do wypożyczalni. O
dziwo samochód wytrzymał całą trasę, choć nie raz mieliśmy co do tego
wątpliwości. Gość odwozi nas prywatnym samochodem pod stację metra.
Stamtąd znaną nam już drogą docieramy na Zocalo, do naszego hostelu.
Ponieważ chłopaki chodzą w sombrerach, zewsząd raz po raz słychać
radosne "Viva Mexico!". W hostelu wszystko po staremu, recepcjonistka od
razu nas rozpoznaje. Znowu płacimy po 100 pesos za łóżko w dormitorium,
i znowu jesteśmy w pokoju sami.
Robimy sobie jeszcze wieczorny obchód centrum miasta, tak aby utrwalić
sobie atmosferę panującą w centrum. Po kolacji wracamy do hostelu,
wypijamy po piwku, aby uczcić udany wyjazd... i kładziemy się do spania.
To był kolejny bardzo aktywny dzień. Spało się baaardzo dobrze.
Wstajemy (21 września 2007) dosyć wcześnie, bo o 8.30, ale od
samego rana wszystkie czynności robimy w zwolnionym tempie. I zamiast
wstępnie zaplanowanego wypadu poza miasto do Xochimilco ograniczamy się
do spaceru na pocztę główną w celu wysłania kartek pocztowych do
znajomych (po 13,5 pesos do Europy). Ciekawe czy dojdą? Z ostatniej
podróży do Mongolii ani jedna nie dotarła do Polski. Potem kierujemy się
na przyległe do Zocalo ulice, które dziś przeobraziły się dużych
rozmiarów targ. Tam rozglądamy się za małymi pamiątkowymi meksykańskimi
flagami. Nikogo z takim asortymentem nie możemy znaleźć. Natrafiamy
natomiast na inwalidę sprzedającego malutkie sombrerka. Ponieważ chcemy
kupić hurtową ilość, to przystępujemy do negocjacji ceny. Ale dziadek
był nieustępliwy. Mimo, że zależało nam na tych pamiątkach to
ostentacyjnie odchodzimy od niego z nadzieją, że sprzedawca zmięknie.
Nic z tego... Po 15 minutach wracamy w to samo miejsce, trochę
upokorzeni, w celu kupna. Uratowaliśmy twarz tym, że gość dał nam 2
sombrera gratis. Był to pierwszy (i ostatni) raz w Meksyku, kiedy nie
udało nam się nic stargować z ceny. O 12.00 wracamy do hostelu po
pozostawione tam bagaże i metrem docieramy na lotnisko. Po odprawie
bagażowej spacerujemy sobie po strefie bezcłowej i gdy na tablicy
odlotów pojawia się nasz lot do Nowego Jorku, meldujemy się na odprawie
paszportowej. O 15.20 wylatujemy do USA. Było miło...ale już się
skończyło...
Galeria Zdjęć
11. Kilka dni w Nowym Jorku i... do domu!
Na lotnisku w Nowym Jorku miałem małe przygody z głupimi celnikami.
Jeden przyczepił się do tego, że na karcie wjazdu jako adres
zameldowania wpisałem miasto NOWY JORK. Gość ze złością w głosie
próbował mi wcisnąć, że nie ma takiego miasta jak Nowy Jork i nie chciał
mnie wpuścić do USA do czasu, aż nie podam mu dzielnicy, w której będę
mieszkać. Gdy podałem, że to Queens, wtedy mnie wpuścił. Bardzo się
zdenerwowałem w tej sytuacji, bo gość zachowywał się jak psychicznie
chory. Dziwne, że problemów z nazwą miasta Nowy Jork nie miała ani Agi,
ani Bartek czy Michał u innych celników. Gdy zdenerwowany wychodziłem z
odprawy celnej, dopadł mnie kolejny celnik, który stwierdził, że
podejrzane jest to, że wjeżdżam do USA bez żadnego bagażu (dla
uściślenia - w 4 osoby spakowaliśmy się do dwóch walizek, której żadna z
nich nie była nadana na lotnisku na moje nazwisko). Myślałem, że
zwariuje..Znowu zacząłem tłumaczenia jak sprawa wygląda, ale on nie
chciał przez długi czas w to uwierzyć. Dzięki Bogu w końcu uwierzył w
moją wersję... Po wyjściu z lotniska byłem baaardzo mocno zdenerwowany
całą sytuacją.
Następnych kilka dni, które zostały do odlotu do Polski spędziliśmy u
Nowym Jorku. Mieszkanie mieliśmy u Ruth więc o nic nie musieliśmy się
martwić. Podczas pobytu zjechaliśmy miasto prawie wzdłuż i wszerz.
Byliśmy na Statule Wolności, na Elis Island, gdzie znajduje się Muzeum
Emigracji. Zobaczyliśmy Ground Zero - miejsce, gdzie stało World Trade
Center. Byliśmy takich dzielnicach jak Chinatown, Little Italy, SoHo.
Brooklyn Bridge i Pier 17 oczywiście także zaliczyliśmy. Podziwialiśmy
panoramę nocnego Manhattanu z Empire State Building oraz wzięliśmy
udział w koncercie w hali Madison Square Garden. Popływaliśmy także
łódkami po stawach Central Parku. Dosiedliśmy Byka symbolizującego hossę
na Wall Street i zobaczyliśmy tzw. centrum świata - czyli Times Square.
Czasu było tak dużo, że śmiało można było wybrać się w mniej
uczęszczane miejsca Nowego Jorku takie jak polski Greenpoint czy
"czarnoskóry" Bronx. Jedyne czego nie widzieliśmy to chyba tylko
"czarna" msza w dzielnicy Harleem. Nie pojechaliśmy też na Wodospady
Niagara - wizja 7 godzinnej jazdy w jedną stronę, po prawie 2000 km
przejechanych w Meksku, skutecznie nas zniechęciła.
I tak, po 3,5 miesięcznym pobycie w Ameryce Północnej 27
września, po lotach na trasie Nowy Jork - Monachium - Wrocław,
zameldowaliśmy się na lotnisku gdzie przywitały nas rodziny i...koledzy
(Józek i Bartek) z uczelni, którzy w tym samym czasie przylecieli z
Irlandii. Razem pojechaliśmy autobusem na dworzec główny, gdzie się
rozstaliśmy. Każdy pojechał w swoje strony. I tak zakończyła się
operacja pod kryptonimem USA-Meksyk...
Galeria Zdjęć
Tekst: G.Bajer
Zdjęcia: A.Blichert, M.Zarówny, B.Kaszubski, G.Bajer
20 sierpnia 2008
|